Bożydar Iwanow: „Komentowałem kiedyś piłkę ręczną”

– Swoją dziennikarską działalność zaczynał Pan dosyć nietypowo, bo w programie „Strych” poświęconemu muzyce heavymetalowej. Jak więc znalazł się Pan w redakcji sportowej TVP?

Bożydar Iwanow: Łączyłem muzykę i sport, bo to były dwie moje pasje. Interesowałem się ciężkim rockiem, czy też nawet metalem i interesowałem się też sportem. Z racji tego starałem się dostać do Andrzeja Zydorowicza i obserwować jego pracę, czerpać z jego wiedzy i doświadczenia.

– Czy oprócz piłki nożnej, z którą obcuje Pan na co dzień, interesuje się Pan inną dyscypliną? A może usłyszymy głos Bożydara Iwanowa relacjonującego mecze np. piłki ręcznej?

BI: Komentowałem kiedyś piłkę ręczną, co wynikało z tego, że praca w telewizji w Katowicach wiązała się z tym, że się jeździło z kamerą na wiele dyscyplin, które trzeba było poznać, więc komentowałem piłkę ręczną, koszykówkę, nieudolnie boks, bo się na nim kompletnie nie znałem. Robiłem kolarstwo, szermierkę i to też pozwoliło mi nieco rozwinąć mój warsztat dziennikarski, natomiast gdzieś w pewnym momencie uznałem, iż trzeba się koncentrować na piłce, bo ta specjalizacja w moim zawodzie była już taka, że trzeba się było na tym skoncentrować, tym bardziej, że robiłem piłkę różną: europejską, południowo-amerykańską, polską i w zasadzie ciężko by się było znać na wszystkim, więc postawiłem tylko na futbol.

– W jaki sposób opanowuje Pan stres przed wejściem na antenę?

BI: Jest lekki dreszczyk emocji. Może to nie jest jakaś trema, natomiast jest to taka niesamowita koncentracja, która powoduje podwyższone tętno i mocniejsze bicie serca. Nie wiem jak ja to robię. Gdzieś na pewno staram się jakoś rozluźnić. Jak jestem z jakimś drugim komentatorem czy ekspertem staram się pożartować? Poza tym ta adrenalina mija po jakichś 30 sekundach, może po minucie. Ten początek jest bardzo ważny. Jeżeli początek dobrze wyjdzie, to wszystko schodzi.

– Gdyby nie został Pan dziennikarzem, jaką drogę by obrał?

BI: Na początku chciałem być architektem, z racji tego, że mój tata jest artystą-plastykiem. Lecz nigdy mi się nie podobała architektura, która była w Polsce. Nawet coś tam kreśliłem, malowałem czy rzeźbiłem, natomiast już jako dziesięcioletni chłopak jednak moja pasja do futbolu była tak wielka, że wiedziałem, że chcę być komentatorem piłkarskim. Oczywiście nie wszystko było usłane różami i nie zawsze było kolorowo, czasami się coś nie udawało. Miałem takie myśli, że może to jednak nie jest praca dla mnie, ale potem dochodziłem do wniosku, że chcę to robić i jakoś nie mogłem się odnaleźć myślowo w jakimś innym fachu, więc w tej chwili nie widzę siebie w innej roli. Może w przyszłości mógłbym być jakimś szefem redakcji. Wydaje mi się, że mam jakieś pojęcie, byłem już w wielu telewizjach i w różnych miejscach. Robiłem gazetę Metal Hammera polską edycję i mniej więcej wiem też jak wygląda organizacja pracy i też staram się wychowywać innych komentatorów i mam trochę wiedzy do przekazania. Na pewno jak będę mieć sześćdziesiąt lat nie będę już komentować piłki, mimo, że w telewizjach zachodnich są ludzie, którzy są starsi wiekowo.

– Czy ma Pan już typy drużyn, które mogą być objawieniem ME 2012 na polsko-ukraińskich boiskach?

BI: Trudno powiedzieć. To jest turniej, gdzie zawsze jakaś drużyna może wypłynąć, natomiast wydaje mi się, że Niemcy, Holandia i Hiszpania to są te trzy reprezentacje, które pewnie odniosą sukces. Trudno mi jednak powiedzieć, czy ktoś będzie takim prawdziwym czarnym koniem, bo w zasadzie poza Turcją wszystkie najmocniejsze reprezentacje w tym turnieju grają, więc pewnie jakiejś większej niespodzianki nie będzie, może poza Polską, która jest chyba w tym gronie najsłabsza. Nie stawiałbym raczej większych pieniędzy na to, że Polacy osiągnął sukces, chociaż piłka jest tak niesprawiedliwa, że w zasadzie można grać słabo i zły futbol, a można odnosić sukcesy, więc jest to bardzo nieprzewidywalne.

– Co powiedziałby Pan młodym adeptom dziennikarstwa, którzy inspirują się pańską osobą i stawiają sobie ambitne cele na przyszłość?

BI: Trzeba dążyć do spełniania marzeń, koncentrować się na tym, co się robi od początku od młodego wieku. Czasami rezygnować z innych uciech życia, aby gdzieś jednak pójść w tą właściwą drogę, nie załamywać się niepowodzeniami, pracować nad sobą i cały czas się kształcić, bo ta praca jest o tyle fajna, że dziennikarz nigdy nie jest osobą absolutnie skończoną. Ja się cały czas jako dziennikarz rozwijam i robię pewne rzeczy lepiej, niż robiłem kiedyś. Mam szerszy horyzont na wiele aspektów i to jest praca, która rozwija czas i daje satysfakcję. Tak więc pracować, uczyć się, dużo czytać książek, bo to niesamowicie rozwija słownictwo i zasób słów jest dużo większy i realizować marzenia.

– Niedawno na tego typu warsztatach Jacek Kurowski przyznał, że podczas takich zajęć jest trudniej niż w telewizji, gdyż występuje tzw. sprzężenie zwrotne. A jakie jest pańskie zdanie na ten temat?

BI: To jest na pewno nieco inna forma komunikacji. Mówienie do ludzi bezpośrednio niż do ludzi przez okienko kamery, mimo, że po tej drugiej stronie ekranu jest czasami parę milionów osób, a tu jest tylko powiedzmy dwadzieścia czy trzydzieści. Natomiast dla mnie to nie ma żadnego problemu, bo ja lubię z ludźmi rozmawiać i nawet czasami możemy się pokłócić czy pospierać, ale jak jest taka fajna grupa jak dzisiaj to ta dyskusja jest wydaje mi się ciekawa.

– Jaki moment w swojej dotychczasowej karierze wspomina Pan najchętniej?

BI: Myślę, że półfinał Ligi Mistrzów w roku 1999, kiedy miałem zapalenie tchawicy, ale bardzo chciałem wówczas jako wielki fan Manchesteru United pojechać na spotkanie z Juventusem Turyn i pamiętam, że 1:1 było na Old Trafford, rewanż był w Turynie i Inzaghi po dziesięciu minutach zdobył dwie bramki i Juventus prowadził wówczas 2:0. Wydawało się wtedy, że Manchester nie ma żadnych szans na to, aby to spotkanie wygrać. A ja na tej zapalonej tchawicy, na lekach, które mi przepisał mój lekarz, a swojemu szefowi w ogóle nie powiedziałem, że jestem chory, komentowałem ten mecz, a Manchester wygrał 3:2 po fantastycznym meczu i pamiętam, że ściągnąłem słuchawki wówczas z głowy i podniosłem ręce do góry „Jeeesss”-krzyknąłem i tak się dziwnie na mnie włoscy dziennikarze patrzyli, którzy siedzieli z boku dlaczego jakiś chłopak z Polski w ogóle cieszy się, że Manchester United wygrał i to był chyba taki najbardziej fajny mecz, który pamiętam. Miałem duże ryzyko wtedy, bo nie wiedziałem, czy ten mój głos wytrzyma tak naprawdę, ale jakoś się udało i to był dla mnie chyba taki najfajniejszy moment.

– Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę sukcesów w dalszej pracy.

BI: Dziękuję.

Rozmawiał: Igor Piwowarski

foto: interia.pl

źródło: „reczna.info.pl”